Busik podjechał. Jedziemy na objazdową wycieczkę po Atakamie.


Pierwszy przystanek to Tropico Capricorn. W tym miejscu przechodzi Zwrotnik Koziorożca. Nie powiem żeby to miejsce było jakoś szczególne. Parking przy długiej, prostej drodze, drogowskaz i jakaś konstrukcja z powyginanych rurek kanalizacyjnych.




Następny przystanek to Laguna Miscanti. Krótki spacer, w cieniu leży jeszcze śnieg w końcu jesteśmy ma wysokości ok 3500 m a tu jest wiosna.


Eduardo, nasz kierowca.



Kilkanaście minut dalej zatrzymaliśmy się w Lagunie Gornuda. Zmęczenie powoli daje mi się we znaki, naokoło same niesamowite miejsca a umysł zaczyna już nie kontaktować. Znam swój organizm i wiem dobrze czym to się skończy…


Zrobiłem tylko dwa zdjęcia. Oba trochę bez sensu.
Jedziemy dalej. Czas na lunch, no i tutaj bomba😊. Kierowca zatrzymuje się w skalistym, osłoniętym dołku i wyciąga z bagażnika wszystko co niezbędne. Szok absolutny, jest tuńczyk, wino, przystawki. Wszystko elegancko podane, na obrusie i z prawdziwą zastawą!



Dzięki posiłkowi i lampce dobrego wina na chwilę odchodzi ból głowy. Wracają refleksje, że tu tak pięknie, że już tutaj nie wrócę. Trzeba to dokumentować! Wyciągam więc drona i rozglądam się po okolicy. Takiej miejscówki nie da się znaleść w europie!



Po smacznym posiłku jedziemy Dalej. Kierunek laguna Piedras Rojas, ile ich tu jeszcze mają? Ja chcę do łóżka, nie było mnie w nim ponad 50 godzin😡. Kilka fotek i dalej, do rezerwatu Flamingów



Rezerwat flamingów.
No niestety organizm upomniał się o wypoczynek. Poddaję się i zostaję w busie, kładę się w poprzek i z potwornym bólem głowy usypiam w sekundę. Reszta wycieczki idzie zwiedzać. Budzę się po pół godzinie, jest lepiej, da się żyć. Jest zachód słońca. Biorę więc sprzęt foto/video i lecę uchwycić w obiektywie cos ciekawego.


Wraca reszta, ponoć flamingi były daleko, ale i tak im zazdroszczę 🙂
Eduardo serwuje nam podwieczorek. Szczęka z wrażenia nam opada, naprawdę się postarał. Ponoć był na jakimś kursie.





Wracamy do San Pedro już po ciemku.
Ból głowy już mniejszy więc idziemy zwiedzić miasto wieczorową porą.

Ludzi sporo, sklepiki pootwierane, my jednak chcemy usiąść, napić się i coś zjeść. Jutro pobudka bardzo wcześnie bo o 6.30 mamy już siedzieć w busie jadącym do Boliwii😊.


Wpada nam w oko restauracja o swojskiej nazwie Adobe. Poczułem się jak przed własnym komputerem😊

Siadamy, smacznie jemy popijając piwkiem. Wyjątkowo smaczna zupa z kukurydzy. Łosoś i przekąski przygotowane przez Eduardo były na zimno i taka zupka była strzałem w 10- tkę😁
Ok 22 wróciliśmy do hotelu. Trzeba szybko spać. Usypiam w sekundę…
