Dzisiaj jedziemy do Boliwii, śniadanie jemy jak się rozjaśnia.



Jak wsiadamy do busa już jest jasno. Czekają już na nas inne osoby z innych hoteli. Jedziemy ok 80 km na przełęcz na której jest granica z Boliwią, granicę przekroczymy na piechotę aby potem wsiąść do samochodów terenowych i pojechać dalej.


Granica składa się z dwóch posterunków, oddalonych od siebie o dobry kilometr.
Po Chilijskiej stronie całkiem spoko i przyjemnie.

Po chwili już jedziemy dalej

Część Boliwijska to już inny świat😊

Dwie zdezelowane budy, w jednej posterunek a druga zamknięta ma kłódkę.

Zgadnijcie co Piter robi za rogiem tej zamkniętej?😁 No bo toalety brak. Chilijski kierowca na pożegnanie wyciągnął z bagażnika zestaw śniadaniowy.

Co oni mają z tym jedzeniem z bagażnika? Średnio to smaczne czy wyszukane i na mrozie tak na oko minus 8 jakoś nie chce wchodzić, no ale każdy coś skubnie. Trzeba się jednak ustawić w kolejce po pieczątkę do paszportu. Poszło sprawnie, choć cały ten proceder przypomina komunistyczne czasy. Po chwili już możemy legalnie przebywać na terenie Boliwii.


Po Boliwijskiej stronie już czekają samochody z kierowcami.


Odnajdujemy swój,

oddajemy bagaż do zapakowania na dach.


Na dachu są jeszcze beczki z paliwem i koło zapasowe. W środku samochodu nasz prowiant na te śniadania i lunchy po drodze no i oczywiście my w liczbie 6 dusz plus kierowca.

A tak się tankuje, czy on zasysa ustami😁?
Po chwili już śmigamy naszym Nissanem Patrolem wgłąb Boliwii. Po 10 minutach pierwszy stop. Wjazd do parku narodowego i uiszczenie opłaty.





Nawet całkiem kulturalnie. Trzeba coś tam powypełniać prawie z numerem buta 😉 W zamian dostaje się bilet który przy wyjeżdzie z parku trzeba okazać. Bilet kosztuje 150 Bolivianos czyli ok. 75 złotych. Płatne tylko gotówką. To akurat rozumiem widząc ich infrastrukturę elektryczną😊

Pierwsze spotkanie z lokalitesami😊 to dzieci pani strażniczki co podnosi szlaban. Zimny wychów. Dosłownie😁

Zaglądamy do baru naprzeciwko w poszukiwaniu Banio czyli toalety, ponoć jedna z kilku w promieniu dziesiątek kilometrów. Taki luksus kosztuję 3 BOB i dostaje się od uśmiechniętej babci klozetowej zwitek papieru. Standard: Baaardzo biednie ale w miarę czysto. Zamiast kranu jest zawór kulowy.



Wsiadamy do naszego Nissana i jedziemy dalej. Kierowca o imieniu Marcian mówi tylko po Hiszpańsku. Na szczęście jest z nami Magda i komunikacja idzie nam bardzo sprawnie. Dowiadujemy się że będziemy jechali grupą w dwa samochody. Do nas dosiadła się Julia, młoda Brazylijka z Sao Paulo. Podróżuje samotnie już od jakiegoś czasu

W drugim samochodzie oprócz grupki francuzów jechali Mikołaj ze swoją dziewczyną Chilijką o imieniu Paula. Poznali się ma Erazmusie w Hiszpanii.

A to cała nasza grupa.

Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do kolejnej atrakcji. Gorące źródła i basenem w którym można się wykąpać!

Kupujemy bilet za 6 Bolivianów czyli ok 3 zł

po przebraniu się w obleśnej przebieralni (brak zdjęcia, nie miałem odwagi) po chwili moczymy się w wodzie o temperaturze 40 st. na wysokości 4442 m npm.



Czas nas trochę goni więc nie ma zbyt długiego wylegiwania się. Po godzinie od przyjazdu jesteśmy znowu w samochodzie, co chwile pokonujemy jakieś pagórki jadąc szutrową drogą

Osobnego omówienia wymaga wysokość. Mianowicie cały dzień od przekroczenia granicy poruszamy się po płaskowyżu położonym w granicach pomiędzy 4000 a 5000 m npm. I to się czuje😊. Proste czynności takie jak wsiadanie do samochodu czy przejście kilku metrów powoduje natychmiastową zadyszkę, o szybszym marszu nie ma mowy, po 20 metrach nie ma czym oddychać😊. Ciśnienie na tej wysokości jest poniżej 600 mmHg. W telewizji w Polsce jesteśmy straszeni niskim ciśnieniem jak spada poniżej 1000 mm Hg. Tutaj naprawdę nie jest lekko😊. Na którymś wzniesieniu wysokościomierz w telefonie pokazuje ok. 5000 m npm. 😊😊. Otaczają nas góry ze szczytami ponad 6000 m npm.

Kolejny przystanek i kolejna atrakcja. Gorące gejzery.

Zaliczam wpadkę, załamuje się pode mną fragment ziemi i wpadam butem w gorące błoto😡. Na szczęście w porę odbiłem się z drugiej nogi i tylko trochę tego gorącego błota zdążyło mi się wlać do buta. Zaszczypało, ale nic poważnego się nie stało. But mam nestety cały w szarej mazi.
Taki już zostanie do końca wyjazdu.
Na tym zdjęciu widać ile jest miejsca w trzecim rzędzie w Nissanie Patrolu.

Kolejny przystanek to Laguna Colorada

Kierowca wywozi nas na pobliski pagórek i wraca sam do zabudowań znajdujących się z brzegu rezerwatu. My natomiast mamy spacer ok 1.5 km. Oj powolutku rozpoczynamy ten spacerek, wysokość natychmiast o sobie przypomina. Każdy sapie, dyszy jak po zapaleniu płuc 😉



Piękne miejsce, flamingi, Lamy i Wikunie.





Niestety jest to teren parku narodowego więc latanie dronem jest zabronione. Szkoda bo z góry zapewne wygląda to jeszcze piękniej.
Lamy są zwierzętami domowymi traktowanymi bardzo personalnie, maja swoje imiona i biżuterię😊


Po dojściu do zabudowań czekał już na nas poczęstunek w pomieszczeniach schroniska.

W wielu miejscach dach jest robiony z kolorowego plastiku z reguły w kolorze żółtym. Fajny efekt, tylko zdjęcia nie za bardzo wychodzą.

Standard nawet całkiem, tylko że brak ogrzewania i ciepłej wody. Szyby w drzwiach pojedyncze, chyba nigdy nie słyszeli tutaj pojęcia izolacja cieplna. Jest wiosna i w nocy temperatura spada grubo poniżej zera. Jak się śpi w zimie w takich warunkach? Chyba gorzej niż w namiocie.

Boliwijska Coca Cola smakuje inaczej, może to też sprawa wysokości.

To ostatnie magiczne miejsce jakie odwiedziliśmy tego dnia, pozostaje już tylko droga do hotelu. Dzisiaj w sumie zrobiliśmy ok 170 km. Wszystko ponad 4000 m npm i po szutrze. Zdążyliśmy do hotelu dojechać tuż przed zachodem słońca. Hotel w miejscowości Mallcu położony jest na wysokości 4100m npm. Zanim słońce skryło się za horyzontem dron poszedł w górę😁



Hotel położony jest na zboczu góry, ponad miejscowością.



Od schroniska różni się tym że za dopłatą można mieć pokój z łazienką i ciepłą wodą. Ogrzewania brak więc siedzimy w kurtkach i czapkach no i oczywiście grzejemy się zakupami z bezcłówki😊


Wieczorne rozmowy przy stole. Proszę zwrócić uwagę na to co leży na stole. Makaron, sos do niego na talerzu z czerwona łyżką. W termosie wrzątek do herbaty i kawy rozpuszczalnej. W garnku była chyba zupa, nie pamiętam. Musiała być niezbyt dobra.
Więcej z tego wieczoru już naprawdę nie pamiętam, nie dlatego, że była jakaś wielka impreza i film mi się urwał. Najzwyklej w świecie mój umysł odciął się ze zmęczenia na jakiekolwiek bodźce zewnętrzne i do łóżka już trafiłem na „autopilocie”.
Koniec części #8
