Obudził mnie budzik, była 8 rano. Magda powiedziała, że nie musimy się zrywać bardzo wcześnie i że ten dzień będzie trochę luźniejszy. W przeciwieństwie do dwóch następnych z pobudką zapowiedzianą sporo przed wschodem słońca. Boliwijskie kołdry i kocyki z lamy zdały egzamin. Ale wyjście spod nich nie było już takie przyjemne. Jak oni tu mogą tak żyć bez ogrzewania! Piotrek wstał wcześniej i już poszedł na spacer do wioski, gdybym wiedział może i bym poszedł z nim. Poranne światło zawsze daje szansę na fajne ujęcia:
Ale, ale od czego jest technika? Mam drona! Ubrałem się szybko we wszystko co miałem i poleciałem na pole. Zimno, nawet bardzo, spokojnie z minus kilka. Widoki z góry za to zacne. Nie chciałem latać zbyt nisko nad wioską bo w tej absolutnej ciszy warkot śmigieł niósł się chyba po horyzont. Wizja podjeżdżającego zdezelowanego auta z napisem Policia Boliviana skutecznie utrzymywała Mavica na poziomie ponad 100m ponad dachami.

Tak wygląda sieć Boliwijskich dróg międzymiastowych.

Rozlewisko rzeki która przepływa przez wioskę.
A oto i nasz „hotel”. Na dole kadru przed wałem z ziemi mały czarny punkcik to dygoczący z zimna operator drona 🙂

Żywe kolory to bardzo charakterystyczny motyw Boliwijskiej prowincji. Tutaj akurat w wydaniu kojącej zieleni. W porannym słońcu nasza stołówka przy śniadaniu wyglądała naprawdę ładnie.

A na śniadanie dostaliśmy racuchy oraz słoik dżemu. Do tego kawa i herbata. Uczta kulinarna to nie była 😉

Po śniadaniu spakowaliśmy cały nasz bagaż czyli torby, walizki i plecaki powędrowały na dach Nissana starannie owinięte przez Marciana niebieską pałatką.
Przy wyjeździe z wioski niespodzianka, szlaban a przy nim pani pobierająca myto za przejazd. Wioska w ten sposób pobiera swoisty podatek turystyczny od wszystkich terenowych Toyot i Nissanów rozjeżdżających ich ziemię. Pomysłowe!

Ledwie 6 km dalej zatrzymaliśmy się w miejscu o nazwie Italia Perdida czyli Zagubiona Italia. Na płaskowyżu formacja skał, jest takich tutaj wiele. Ta ma tą właściwość, że można do niej w miarę normalnie dojechać i jest blisko drogi.

Ta skała na pierwszym planie jest nazywana Copa del Bolivia na wzór piłkarskiego trofeum Copa Del Mondo.
Nasz kierowca, pracuje w branży od 10 lat i posiada rozległą wiedzę. Okazał się bardzo miłym i sympatycznym człowiekiem. Opowiadał nam chętnie o wszystkim, odpowiadał też na najdziwniejsze pytania, niestety tylko po hiszpańsku. Magda za to skwapliwie nam to tłumaczyła.

Dzisiaj mamy dojechać do hotelu wykutego w soli, na samej granicy największej solniczki świata czyli Salar de Uyuni. Przed nami ponad 150 km po boliwijskich bezdrożach. Ale spokojnie, czeka nas nie tylko oglądanie widoków przez zakurzone szyby w podskakującym na wybojach Nissanie. Po drodze odwiedzimy wiele ciekawych miejsc, przynajmniej tak mówi Marcian a Magda skwapliwie to tłumaczy.
Laguna Vinto to kolejne miejsce gdzie można było rozprostować nogi.
Zrobiło się naprawdę ciepło, bezwietrzna pogoda i ostre słońce wygrało z górskim powietrzem.W takim miejscu uderzająca jest cisza, brak jakichkolwiek odgłosów cywilizacji i wielka przestrzeń powoduje że głos niesie się kilometrami. Nawet liczne ptactwo zachowuje się jakoś tak cicho. Nie muszą niczego przekrzykiwać 😉 Zresztą można podkręcić głośność i posłuchać…
Po kilkunastu minutach Marcian pogania nas dalej, jeszcze wiele fajniejszych miejsc zobaczymy. Nikomu nie chce się opuszczać tego miejsca tym bardziej, że trzeba wejść do tej metalowej, podskakującej, ciasnej puszki.
Dalsza droga prowadzi do laguny Negra, jest inna od wszystkich jakie do tej pory widzieliśmy. Zielono tutaj i przytulnie. Tak bardziej swojsko, jakby to miejsce nie było wysoko, ponad 4 km nad poziomem morza. Marcian prowadzi nas szerokim, płaskim wąwozem przez który w porze deszczowej zapewne płynie rwąca rzeka. Teraz w październiku, czyli w marcu teren jest tylko trochę podmokły i płynie mały strumyczek. Stąd ta zielona zieleń a nie jakieś obeschłe żółte trawy jak wszędzie indziej.
Po dobrych 20 minutach spaceru zaczynamy wspinać się pod górę. Każdy zaczyna sapać jak lokomotywa, wysokość o sobie przypomina! Wdrapaliśmy się na skałę i odpoczywając słuchaliśmy hiszpańsko-polskiej opowieści o tutejszej florze i faunie.
Wracaliśmy do samochodu inną drogą podziwiając beztroskie zwierzęta pasące się na wyschniętej trawie. Choć nie wiem czy ta trawa była wyschnięta bo teren był podmokły.
Jedziemy dalej, w samochodzie wesoło, po wczorajszej jeździe w trzecim rzędzie, tam gdzie dzisiaj siedzi Piotrek, dzisiaj dostałem premium pozycję – obok kierowcy.

Kolejny pit-stop zaliczamy w Mirador Cañon de Alota, Mirador to punkt widokowy, Cañon to każdy wie co znaczy natomiast znaczenia słowa Alota nie udało mi się odnaleźć. Wprawdzie google translate podaje, że to słowo pochodzi z języka Bengalskiego i znaczy „światło” ale gdzie Rzym a gdzie Krym? Zresztą w okolicy jest miasteczko o takiej nazwie i stąd zapewne pochodzi nazwa wąwozu. Jak zwał tak zwał, na dnie kanionu płynie rzeka Anakonda, trochę tutaj jak w Kanionie Kolorado 🙂
Drona nie puszczałem trochę chcąc oszczędzać akumulatory na resztę dnia a trochę z braku czasu bo wiecie jak to jest, wszyscy się już napatrzyli, napstrykali selfie i chcą jechać a ten jeszcze w powietrzu! No ale od czego mamy satelity i google maps, proszę bardzo:

Tak wysoko zresztą moim kopterkiem bym nie doleciał. (1300 m AGL dla wtajemniczonych)
Zrobiła się godzina 14, nie wiem jak inni ale ja zrobiłem się już głodny. Dobrze więc, że jedziemy do jakiejś cywilizacji, na obiadek 😉 Przed nami miejscowość Alota, ta od kanionu. Pół godziny jazdy samochodem.

Zanim kuchnia wydała lunch poszliśmy zwiedzać, w tym opustoszałym miasteczku można się poczuć jak na wojskowym patrolu przeszukującym jakieś miasto w Iraku.


Zrujnowane domostwa, brak ludzi, cisza, nawet szczekających psów tam nie ma.



Ale żeby nie było, że to takie zapomniane miejsce. Wśród tych ruin i wraków stoi nowoczesna szkoła!


„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej (wiecie sami kto;-)
oraz
Gubernator (wojewoda?)
Projekt:
infrastruktura budowlana i wyposażenie meblowe dla edukacji
luty 2016r.
Jest moc prawda?
Ale starczy tego zwiedzania, trzeba coś zjeść. I tutaj miłe zaskoczenie, dostaliśmy ciepłą zapiekankę ziemniaczaną

Po posiłku jedziemy dalej, jeszcze tylko rzut oka z satelity na te dziwne miejsce. 3820 m npm. Bardzo dziwny układ działek, zdjęcie jest z 2013 r. Nie ma na nim jeszcze szkoły.



Ostatni przystanek przed upragnionym wypoczynkiem w hotelu to miejscowość Julaca w której kiedyś był browar a teraz został tylko przybrowarny sklep.


Kupiliśmy browarki, część wypiliśmy na miejscu

Jeszcze wyciągnąłem drona żeby ogarnąć trochę okolicę





Popiliśmy, odpoczęliśmy, trzeba jechać dalej. Teraz już prosto do hotelu.

Hotel okazał się zwykłą chałupą jakich tutaj wiele, jedynie kilka ścian i wystrój wnętrza zostało w nim zrobione z solnych bloków. Wybudowany całkiem niedawno bo na zdjęciu satelitarnym z 2013r. jeszcze go nie było.
Łapiąc ostatnie promyki zachodzącego słońca posłałem Drona w powietrze. Dziwne jest tutaj budownictwo, nowy budynek, hotel a ściany z czerwonych pustaków, nie otynkowane. Dach wyglądający jak był dziesięć razy łatany. Praktycznie żadnej małej architektury. Wszystkie budynki wyglądają jak niedokończone, jak by były budowane w pośpiechu, z przypadkowych materiałów. Nie pomaga też całkowity brak zieleni, nie dlatego, że jest wczesna wiosna, dlatego że na tej wysokości już nic nie chce rosnąć. Tylko ludzie dają radę!

Mając jeszcze trochę energii w akumulatorze posłałem drona na 500m aby zobaczyć co nas jutro czeka. 10000 km2 płaskiej powierzchni pokrytej solą 😉 Salar de Uyuni w całej okazałości w promieniach zachodzącego słońca. Jutro tam będziemy 🙂 Powietrze jest tutaj bardzo czyste, pasmo górskie widoczne na horyzoncie jest w linii prostej w odległości ok. 120 km.

Na zakończenie zapraszam na krótki film z prezentacja dzisiejszej trasy, tak aby łatwiej było pojąć przestrzeń i odległości jakie tutaj pokonujemy.
Koniec #9




































