Budzik miał zadzwonić o 4.30. Obudziły mnie jednak odgłosy dobijającego się Piotrka, było kilka minut po czwartej! Wydzierał się na korytarzu, żeby wstawać bo jesteśmy spóźnieni. Musiała minąć chwila zanim zaskoczyłem o co mu chodzi, gdzie w ogóle jestem i że on NIE ma racji. Jest ok. Wyjazd ma być o 5.30 mamy więc jeszcze sporo czasu.

Ruszamy! Po kilku chwilach już jedziemy po równej, gładkiej powierzchni słonego jeziora. Do pokonania mamy ok 40 km, Powoli na horyzoncie zaczęło świtać. Marcian wyłączył reflektory i dociska gaz dość mocno. Chce zdążyć przed wschodem słońca.

Dojechaliśmy do wyspy Isla Incahuasi. Sprawnie wychodzimy z samochodu i po kupieniu biletu zaczynamy powoli wspinaczkę na szczyt góry. Do pokonania mamy 56 m w górę. Może to i nie dużo ale jak napiszę że do pokonania mamy 3656-3712m to wtedy ten marsz nabiera innego wymiaru

Docieramy na szczyt sporo przed wschodem, na około słychać sapanie 😉
Jest już całkiem jasno ale słońce jeszcze nie pojawiło się na horyzoncie.

Na górze jest płaski taras ale zbocza są niezbyt strome i można legalnie łazić po całej okolicy. Jest tam nas kilkadziesiąt osób, wszyscy czekają wpatrzeni w horyzont po wschodniej stronie. Statywy, aparaty, kamery wycelowane w miejsce gdzie za chwilę rozpocznie się dzień.

Nagle jest! Ostry promień słońca pojawia się na horyzoncie, jakby promień lasera, najpierw czerwony, po chwili żółty, w kilka sekund zalewa nasze twarze ostrym światłem. Atmosfera zmienia się w mgnieniu oka, euforia zastępuje oczekiwanie, znużenie przechodzi w nadzieję na nowy wspaniały dzień. Uwielbiam wschody słońca, szkoda, że z reguły wtedy śpię 😉 Ale nie dzisiaj!


Zostaliśmy na szczycie ponad godzinę.

Księżyc, taki malutki przy tym gigantycznym kaktusie.

Czas schodzić na dół, po kilkunastu minutach dochodzimy do parkingu, jest tu nawet całkiem przyjemnie, normalna ubikacja, sklepik z pamiątkami.


Na parkingu czeka na nas poczęstunek rozstawiony oczywiście na stołach z soli.


Nie czując głodu, chwyciłem co nieco na szybkości. Niech inni sobie spokojnie jedzą, ja muszę to miejsce zobaczyć jeszcze z góry 😉




Mam jeszcze film, w sumie to to samo co na zdjęciach tylko w wersji ruchomej, jak kogoś interesuje to proszę bardzo.
Pięknie? No dla mnie nie całkiem. Muszę się do czegoś przyznać, wszystkie zdjęcia i filmy robiłem z zafiksowanym na stałe balansem bieli na jakieś absurdalne 3200K. Ja! taki Wielki Pan Fotograf 😉 OMG!!! Już żaden fotoszop czy inny Adobepremier nie pomógł. Ale cóż, w głowie zostały obrazy z idealnie dobranym punktem bieli 🙂


„Dronowanie”, jak to mówią niektórzy, jest wciąż egzotycznym zajęciem a już w Boliwii to na pewno. Więc po wylądowaniu zebrała się grupka ludzi na oglądanie.


Słońce już naprawdę mocno grzało, spojrzałem na zegarek, dopiero 8.30 a tyle już się dzisiaj wydarzyło! Ponieważ nocleg mamy zaplanowany w tym samym hotelu co przed wczoraj powinniśmy już jechać, przed nami ponad 300 km najpierw po soli do Uyuni – stolicy regionu a potem po szutrowej drodze do Mallcu.
Jak to tutaj jednak bywa, za daleko nie ujechaliśmy. Tym razem Marcian zatrzymuje samochód w szczerym polu, to znaczy w szczerej soli, czy jakoś tak powinno się powiedzieć.

Czas na sesję fotograficzną, wysiadamy z samochodów i rozpoczyna się zabawa aparatami i małymi rekwizytami, które ustawione blisko obiektywu dają przy braku skali odniesienia wrażenie jak by były gigantyczne. O rekwizyty oczywiście zadbam nasz Marcian.
Piotrek nawet zabrał własne, puszki na herbatę i butelki piwa Miłosław




Powstał też krótki filmik z grupowego wczołgiwania się do jogurtu. Sami dorośli! I to na trzeźwo!! Ale zabawa była przednia, naprawdę!


Dwie godziny zleciały nie wiadomo kiedy, zrobiła się 11. Jedziemy dalej.
Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się w prawdziwym solnym hotelu, na środku solniska.








Kilka kilometrów dalej docieramy już do krawędzi solniska, pojawiają się wodne rozlewiska, przecież w porze deszczowej czyli lutym i marcu jest tutaj kilka centymetrów wody



Jedziemy dalej, opuściliśmy już teren solniska i dojechaliśmy do przedmieścia Uyuni. No i co tam może być? Bazarki! Oczywiście! Czas na kupowanie pamiątek.






Opuszczamy już bazarki, jedziemy jeszcze do cmentarzyska pociągów.

Dziwne miejsce. Jego historia sięga XIX wieku kiedy Boliwia miała dostęp do morza oraz zasoby cennych surowców kopalnych wysoko w górach. Aby móc urobek z kopalni skutecznie transportować do portu na wybrzeżu Boliwijczycy zlecili Brytyjskim inżynierom wybudowanie linii kolejowej. Niestety w 1890r. Boliwia straciła dostęp do morza na rzecz Chile i linia kolejowa zaczęła popadać w ruinę. Ostatnie pociągi stanęły uwięzione dopiero w 1940r. właśnie w tym miejscu. I tak tkwią do dnia dzisiejszego stanowiąc lokalną atrakcję turystyczną.

Wreszcie udało nam się dojechać do centrum Uyuni. Miasteczko jak z XIX wiecznego dzikiego zachodu. Można kręcić western bez większych nakładów na scenografię.




Zatrzymujemy się przed biurem turystycznym które organizuje nasz trip po Boliwii. Wchodzimy do środka bo ma być obiecany internet! od 4 dni go nie mamy. Trzeba było to zabaczyć! Każdemu telefony zaczęły pikać powiadomieniami jak karabiny maszynowe. Szkoda że tego nie nagrałem kamerą, ale byłem zajęty… zgadnijcie czym 😉

Po pół godzinnym serfowaniu po internecie z bólem serca wychodzimy, trzeba w końcu obejrzeć miasto. Skoro już tu jesteśmy…




Zrobiła się godzina 16.30 Ruszamy w dalszą drogę. Większość trasy mamy do pokonania główną drogą, na mapie w kolorze żółtym.

Trochę nudno więc Jack wyjął zapasy z bezcłówki i polewa. Dobrze że droga całkiem równa…

Do hotelu dojechaliśmy ok 19.30 Już się ściemniało. Hotel ten sam, kolacja i pokoje też więc już nie będę nic wklejał.
Zmęczony mówię Dobranoc 😉




















