Znowu pobudka bardzo wcześnie. Przed 7 już siedzimy w samochodzie. Ale nie w tym co powyżej 😉 Ten już nigdzie nie pojedzie.

Przed nami już tylko droga do granicy z Chile. Szkoda trochę opuszczać Boliwię, przyzwyczaiłem się już do spartańskich warunków tutaj panujących. Zaaklimatyzowałem się do wysokości ponad 3000m. Mam poczucie, że bardzo pobieżnie poznaliśmy tę część Boliwii i pokonując ponad 700 km po bezdrożach tego pięknego regionu mijaliśmy wiele ciekawych miejsc nie mając czasu na ich zobaczenie.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na granicy parku narodowego zjeść śniadanie i zarejestrować nasze opuszczenie parku.



Granica Boliwijska to miejsce gdzie pożegnaliśmy naszego kierowce który sprawnie i bezpiecznie woził nas po swoim kraju. Naprawdę Marcian wykonał kawał dobrej roboty.


Niestety na granicy Chilijskiej czekała nas niemiła niespodzianka, panowie celnicy zarządzili dokładne sprawdzanie wszystkich bagaży. A żeby ich Lama kopnęła!!


Było trochę nerwowo i nieprzyjemnie ale ponieważ nic nie znaleźli wszyscy w komplecie mogliśmy odjechać w kierunku San Pedro de Atacama. Nie wolno przewozić świeżych owoców oraz oczywiście liści koki i wszystkiego co z nich jest wykonane. Nie znaleźli… hehe 😉
Kilkadziesiąt kilometrów do hotelu w komfortowym busie po asfaltowej drodze minęło szybko i już jesteśmy w tym samym hotelu co kilka dni temu.

Ale nie nocujemy tutaj, mamy możliwość skorzystania z łazienki i dostępu do internetu. Za kilka godzin mamy samolot do Santiago de Chile i tam dopiero będziemy nocowali. Do busa, który nas zawiezie na lotnisko zostało jeszcze sporo czasu więc zostawiamy bagaże w hotelu i idziemy na miasto. Poprzednim razem jak tu byliśmy była już prawie noc i ja przynajmniej ledwo patrzyłem na oczy ze zmęczenia.



Był też czas na napełnienie brzuszków, następny posiłek nie wiadomo kiedy bo do hotelu w Santiago de Chile dotrzemy późnym wieczorem.


Był też czas na degustację lokalnego drinka „Pisco Sour” Jest moc!



Po drinkach, lekkim zygzakiem, sprawnie po bagaże i pakujemy się do busika który podjechał po nas pod hotel.

Droga, lotnisko, bagaże, rękaw, samolot szybko i sprawnie, choć „Pisco Sour” utrzymywało nas bardzo długo w stanie zadziwiającej wesołości. Może oni tam kokę do tego dodają?

Po starcie szybko zrobiło się ciemno i można było trochę się przespać 😉


Po wylądowaniu znowu bagaże, korytarze, taksówka i takie tam przemieszczanie się. Do hotelu dotarliśmy ok 22. Zostawiliśmy tylko bagaże w pokoju i poszliśmy do okolicznej knajpki coś zjeść. Zdjęć nie ma, nic zresztą szczególnego ta knajpka.
Jutro cały dzień zwiedzamy Santiago i jego okolice.
